Pętla po Suwalszczyźnie - cztery dni i 260 km

Nie do końca z planami, bo na krócej niż chcieliśmy, udało się jednak pojechać na północno-wschodnie krańce Polski. We dwoje, z namiotem, własną kuchnią, niemal całkowicie niezależni od czasu i przestrzeni. Dzięki kuchence turystycznej mieliśmy rano wrzątek a wieczorem ciepłą kolację. Nie ma co się dziwić, że w środku lata (sierpień) cieszyła nas podgrzane kaszotto. Jak na złość, chyba cały deszcz tego lata zdecydował spaść na ziemię w ciągu owych czterech dni.

Suwalskie szutry. Bynajmniej nie płasko

Ale warto było. Przede wszystkim Suwalszczyzna jest piękna. Jeździliśmy po pustych, niezamieszkałych terenach gdzie łąki rozciągały się po horyzont. Mijaliśmy liczne jeziora, większe i mniejsze, które zachwycały widokami. I lasy, niezmącone cywilizacją, gdzie przez dziesiątki kilometrów tylko drzewa i drzewa.

Lasy przy granicy z Białorusią
Planowany przejazd Pierścieniem Rowerowym Suwalszczyzny (oznakowany jako R65 - 320 km) musieliśmy niestety zredukować, a i tak wyszła 260-kilometrowa trasa. Z Pierścieniem, jak z wieloma trasami rowerowymi w Polsce, jest drobny problem: bardziej istnieją na mapie niż w rzeczywistości. W każdym razie, plan czterodniowej eskapady oparłem na szlakach znalezionych na różnych mapach: Fortyfikacji Pozycji Granicznej R86, Doliny Rospudy, Green Velo, a także Szlak Papieski Tajemnice Światła. I oczywiście wspomniany Pierścień Suwalszczyzny. Wszystkie wgrałem do najlepszej nawigacji rowerowej czyli czeskiej aplikacji mapy.cz, co wielokrotnie ratowało nas przed drogowymi pomyłkami.
Z zaopatrzeniem nie było kłopotu, zawsze znalazł się sklep
DZIEŃ 1 Sedranki-Studzieniczna 69 km

W trasę ruszyliśmy w Sedrankach, skąd przez Olecko, Imionki, Urbanki i Rynie, dotarliśmy do pierwszej ze ścieżek rowerowych: Szlaku Fortyfikacji Pozycji Granicznej. R86 istnieje wyłącznie na mapach, w rzeczywistości trudno znaleźć jakąkolwiek tabliczkę i nie ma co liczyć na oznakowanie. Pierwsze ciekawe miejsce to Dowspuda, wieś, w której zachowały się ruiny pałacu Paca (tego Paca od powiedzenia "wart Pac pałaca, a pałac Paca"). Z bogatej niegdyś posiadłości zostały tylko resztki. Z braku funduszy stan ten nie zmieni się w przewidywalnej przyszłości. Pieniędzy wystarczyło wyłącznie na renowację parku otaczającego dawną siedzibę generała Ludwika Michała Paca.

"Wart Pac pałaca", czyli pałac Paca w Dowspudzie
Droga z Dowspudy do Augustowa przebiegła zgodnie z (teoretycznym) rowerowym Szlakiem Doliny Rospudy, dobrze ubitymi leśnymi ścieżkami wzdłuż rzeki, której, nota bene, nie za bardzo widać. Jakość podłoża była o tyle istotna, że rowery mieliśmy mocno objuczone. Na szczęście tylko w nielicznych miejscach grzęzły w piachu. 
Cały dobytek w sześciu sakwach
Mniej szczęścia natomiast mieliśmy z pogodą. Zgodnie z prognozami, solidny deszcz przez dobrą godzinę przetrzymał nas przed Augustowem, w sympatycznym skądinąd ośrodku wypoczynkowym Zdrowa Zośka. Gorąca herbata i ogień w kominku (tak, ogień) pomogły przetrwać deszcz. 
Nagrodą za cierpliwość był obiad z niewiarygodnie wielkim kotletem schabowym, który nie mieścił się na talerzu. Dosłownie. Kto nie wierzy, niech sam sprawdzi to miejsce: Bar Jędrek, Augustów, ul. Raginisa 19.
Bar Jędrek i kotlet gigant
Na nocleg nad jeziorem Studzienicznym dojechaliśmy fragmentem Green Velo. Miejsce oznaczone na mapie jako pole namiotowe, okazało się biwakowiskiem dla kilku kamperów, bez jakiejkolwiek obsługi. Podobno wpadał tam od czasu do czasu leśniczy zainkasować należność, nam jednak nie udało się go spotkać. Spotkaliśmy natomiast dwóch przesympatycznych panów w omedze, którzy przycumowali przy niewielkiej plaży, niedaleko od naszego namiotu. Użalili się nad dwójką przemokniętych rowerzystów - namiot rozbijaliśmy w deszczu - zaprosili na pokład i na gorącą herbatę. Z procentami. Wesoło zakończył się pierwszy dzień wycieczki.DZIEŃ 2 Studzieniczna-Giby 60 km

Przemili żeglarze również rano zaproponowali herbatę, z czego chętnie skorzystaliśmy. Deszcz się w nocy na tyle wypadał, że mogliśmy ruszyć w drogę. Kierunek: Giby. Wzdłuż Kanału Augustowskiego, do Czarnej Hańczy niemal pod białoruską granicę, a potem na północ przez głęboki las.

MOR na Green Velo w pobliżu Augustowa
Z miejsca noclegu do Czarnego Brodu jechaliśmy Szlakiem Papieskim Tajemnice Światła w bezpośredniej bliskości Kanału Elbląskiego. Jakość ścieżki pozostawiała do życzenia, ponieważ miejscami była mocno zarośnięta, lecz bliskość kanału rekompensowała niedogodności terenu.
Augustowskie lasy

Kolejny fragment nad kanałem, do Mikaszówki, przejechaliśmy Green Velo. Zachwyciła mnie nie tylko nieskażona przyroda - pachnący las, który żyje milionem głosów. Jak przyjemnie było poruszać się trasą doskonale oznakowaną, bez potrzeby sięgania po aplikację mapy.cz by zorientować się czy skręcić w lewo, czy w prawo, itd. Szybko postanowiliśmy, że wybierzemy się na GV w 2021 roku.

Green Velo nad kanałem augustowskim
Niespodzianką w dalszej drodze okazał się szlak August Velo, przedłużenie GV do Rudawki, gdzie jest polsko-białoruskie przejście graniczne na śluzie Kurzyniec. Po stronie białoruskiej szlak prowadzi od śluzy Kurzyniec poprzez Niemnowo aż do Grodna. Warto spróbować w przyszłości. Nasza droga po August Velo zakończyła się na śluzie Kudrynki. Bajeczne miejsce.
Na Czarnej Hańczy przy śluzie Kudrynki

W Kudrynkach pojawił się w końcu Rowerowy Pierścień Suwalszczyzny, którym przez las, 20-kilometrową drogą tak prostą, jakby była wyznaczona linijką, dotarliśmy do Gib. A ponieważ tego dnia przemokliśmy co najmniej pięć razy, marzenie o gorącym prysznicu spowodowało, że zamiast na dziko, namiot rozbiliśmy na miejscowym kempingu. Było pusto i ciepło.

Pustka na kempingu w Gibach
 DZIEŃ 3 Giby-Wiżajny 75 km

To był najdłuższy i najtrudniejszy dzień wycieczki. Dobrze, że deszcz odpuścił. Pierwszym etapem tego dnia były Sejny - kilkutysięczne miasto nad rzeką Marychą, gdzie czuć klimat pobliskiej Litwy z jej blinami, kartaczami i kiszkami.

Ja też
Rowerowy Pierścień Suwalszczyzny prowadzi dalej wzdłuż jeziora Gaładuś, długiego na 10 km. Piękna tego miejsca nie sposób opisać. Trzeba je zobaczyć.
Nad jeziorem Gaładuś
Nazwy mijanych miejscowości, pisane również w języku litewskim, nie pozostawiają wątpliwości w jakiej części Polski znaleźliśmy się: Burbiszki, Sankury, Tauroszyszki, Trakiszki.
Dwujęzyczne tablice z nazwami miejscowości
I wreszcie Puńsk, a właściwie Punskas, stolica polskich Litwinów.W Puńsku mieliśmy wrażenie, że przekroczyliśmy granicę z Litwą. Nic dziwnego, bo 80% mieszkańców Puńska posługuje się litewskim, co doskonale było widać, a raczej słychać, w restauracji Rūta, gdzie zatrzymaliśmy się na obiad. Byliśmy bodaj jedynymi gośćmi, którzy nie mówili po litewsku, mieliśmy nawet kłopot porozumieć się z jedną z kelnerek. Muszę tu nadmienić, że litewskie menu wchłonęliśmy szybko i ze smakiem -  chłodnik i różne różności, których nazw nie pamiętam. Ledwie wsiadłem na rower z przejedzenia.

Skromny fragment bogatego menu restauracji Rūta
W Rutce-Tartaku musieliśmy skrócić drogę do Wiżajn, gdzie zamierzaliśmy przenocować na dziko. Dlatego, zamiast kontynuować jazdę zgodnie z Pierścieniem Suwalszczyzny, pojechaliśmy drogą nr 651. Kara za skrót była sroga: sakramencki podjazd na Rowelską Górę, najwyższy szczyt województwa podlaskiego (298 m npm). Za to potem było długo z górki, aż do Wiżajn. Zdążyliśmy na spektakularny, bezchmurny zachód słońca. Namiot rozbiliśmy przy wiacie, w pobliżu gminnej plaży. Udało się zanim spadł deszcz.
Słońce zachodzi nad Wiżajnami
DZIEŃ 4 Wiżajny-Sedranki 56 km

Lało do południa. Na szczęście ostatni etap z Wiżajn do Olecka liczył tylko 56 km. Po późnym śniadaniu i po spakowaniu mokrego namiotu ruszyliśmy w drogę, która okazała się już bezdeszczowa. I bardzo urokliwa.

Mapy Google piszą, że jest "przeważnie płasko", ale to nieprawda!

Pierwsze 20 km przebiegło po Pierścieniu Rowerowym Suwalszczyzny, który w północnej części jest o niebo lepiej oznakowany niż w augustowskich lasach. W Pobłędziu wjechaliśmy na Green Velo.

MOR Pobłędzie na Green Velo

Zaraz potem dotarliśmy do jednej z większych atrakcji północno-wschodniej Polski: mostów w Stańczykach. Biegła tam niegdyś linia kolejowa Gołdap-Żytkiejmy-Gąbin (obecnie Gusiew w obwodzie kaliningradzkim). Budowane w latach 1907-1926, wysokie na 40 metrów i długie na 180, przypominają rzymskie akwedukty. Pociągi kursowały po nich do 1945 r. Po II wojnie światowej Rosjanie rozebrali tory i wywieźli do ZSRR. Mosty na szczęście ocalały.

Imponujące mosty w Stańczykach

W 2003 r. mosty wraz kilkoma hektarami gruntu kupił przedsiębiorca z Grajewa. Mimo że zobowiązał się do remontu zabytkowej budowli, jedyną rzeczą jaką do tej pory zrobił było wprowadzenie opłat za wejście.

Ostatnie 20 km podróży przebiegło drogami asfaltowymi przez Przerośl, Filipów i Lenarty. Trochę przykro było wracać.

Prawie koniec podróży - ostatnie spojrzenie na kolejne z pięknych jezior

 PODSUMOWANIE

Na Suwalszczyźnie jest przepięknie. Od augustowskich lasów, przez niezliczone jeziora, lasy bez końca, aż do zabytków czasów przeszłych, jak synagoga w Sejnach czy wiadukty w Stańczykach, a także sam kanał augustowski - region ma czym zachwycić. Dla ludzi z miasta, cztery dni w przyrodzie dają zapas energii na długi czas, a wspomnienia pozostaną przez wiele lat. Cztery dni to zdecydowanie za mało, by poznać tę rozległą krainę. Myślę, że można się w niej zagubić na długie miesiące.Długo by mówić o cudach przyrody: Rospuda, jezioro Gaładuś, Czarna Hańcza - lista nie ma końca.

Woda i las

Trasa nie przysparzała wielu trudności, aczkolwiek zdarzało mi się pchać rower pod górę. Cztery sakwy i namiot pod kierownicą, plus pokaźna masa rowerzysty, zmuszały do nadprogramowego wysiłku. Pofałdowany, garbaty teren sprawiał, że co raz a to jechałem pod górę, a to z górki.

Typowa szutrówka na Suwalszczyźnie

Na suwalskich szutrach koła nie grzęzną w piachu, ale za to trzęsie niemożebnie. Gdybym miał na coś narzekać podczas tej podróży, to tylko na zbyt częsty deszcz. Ale cóż to za niedogodność przy cudach Suwalszczyzny!

Pętla z Krakowa nad zalew Chechło k. Trzebini - 125 km

To był wyjazd szczególny pod kilkoma względami. Po pierwsze, po raz pierwszy wybrałem się w dłuższą drogę nie sam, lecz we dwoje. Po drugie, na dwa dni, z tej racji, że był to wyjazd testowy przed planowaną dłuższą, kilkudniową wycieczką po Suwalszczyźnie w sierpniu. A po trzecie, i ostatnie, załadowałem rower tak, jak nigdy dotąd; oprócz dodatkowych dwóch sakw z przodu, wiozłem pod kierownicą dwuosobowy namiot. Ze mną na siodełku, rower wyglądał jak wielbłąd. Tak więc, przede wszystkim chodziło o przetestowanie nowych sakw, wieszaka pod kierownicą, a także nowej kuchenki i naczyń kempingowych. A przede wszystkim, nowej jakości w moich podróżach rowerowych: jazdy we dwoje :)

Zalew Chechło
Mam szczególną słabość do Jeziora Chechelskiego koło Trzebini (nie mylić z jeziorem Chechło-Nakło koło Tarnowskich Gór). Podczas ubiegłorocznych wycieczek po Śląsku, moje trasy zawsze zaczepiały o ten sztuczny zalew o stosunkowo niewielkiej powierzchni 50 hektarów. Czy to z powodu ładnej, zagospodarowanej plaży, czy to z innego - chętnie się tam zatrzymuję. A może też lubię to miejsce, ponieważ jest dobrym celem na jednodniowy wypad z Krakowa? W każdym razie, wymyśliłem tę trasę, z noclegiem na kempingu nad jeziorem, na pierwszy wspólny wypad rowerowy. Dotrzeć sprzęt i własne towarzystwo :)

Pierwsza podróż na dwa rowery
Najprostsza trasa z Krakowa nad jezioro liczy około 50 km, więc postanowiłem ją nieco wydłużyć. Przynajmniej w tamtą stronę. Tak więc, najpierw ruszyliśmy z Krakowa Wiślaną Trasą Rowerową do Kolnej (mogę nią jechać z zamkniętymi oczami), a następnie szosą przez Piekary i Rączną do Jeziorzan, gdzie promem przepłynęliśmy na południowy brzeg Wisły. Tam znów dotarliśmy do WTR-ki. Remont wałów powoduje konieczność tego objazdu.

WTR opuściliśmy na wysokości Okleśnej, by skierować się na północ w stronę Alwerni. Teoretycznie, początkowy fragment trasy to Velo Skawa, kolejny zaś, za Alwernią, nosi nazwę Czerwony Szlak Trzebini. Z oznakowaniem bywa różnie, trzeba mieć wpisany ślad gpx.

Okolice Alwerni

Ośrodek Wypoczynkowy Chechło, a także towarzyszący mu Dom Weselny, to obiekty pamiętające wczesną epokę Gierka. Na pewno liczą dziesiątki lat. Rozbiliśmy namiot wśród domków kempingowych, a po kąpieli połaziliśmy po plaży. W wyżej wymienionym domu weselnym zaczęły się przygotowania do imprezy (była to sobota). Tak jak należało się tego spodziewać, muzyka przestała grać dopiero koło 3. nad ranem. O spaniu nie było co marzyć.

Wieczorem było jeszcze spokojnie

Nie zważając na krótki sen, rano wypróbowaliśmy nową kuchenkę gazową i garnki kupione w Decathlonie. Nowy sprzęt sprawdził się doskonale. Śniadanie z kawą rozpędziło wspomnienie ciężkiej nocy. Uśmiechnięci ruszyliśmy w stronę Krakowa. Tym razem klasyczną drogą przez Puszczę Dulowską i Tenczyński Park Krajobrazowy.

Kuchenka dała gazu
Trasę tą już opisywałem, więc nie będę się powtarzał. W każdym razie, przejazd przez Puszczę Dulowską i TPK sprawia wiele przyjemności. Można się najeździć korzystając z licznych ścieżek.

PODSUMOWANIE

Mimo że obszary na zachód od Krakowa zjeździłem wielokrotnie, chętnie wracam do lasów koło Rudna napawać się przyrodą. I pobyć choć trochę nad wodami zalewu Chechło. Ciszy i przyrody - tego szukam podczas wycieczek rowerowych.

152 km

Kolejna pętla z Jastrzębia - 100 km

Kolejny lipcowy, słoneczny dzień, i kolejna propozycja pętli po Górnym Śląsku. Ponieważ lubię zbiorniki wodne, pojechałem nad Jezioro Rybnickie, aby potem pokręcić po lasach dalej na północ. I wyszła przyjemna 100-kilometrowa pętla.

Nad Jeziorem Rybnickim

Etap pierwszy to droga do Rybnika, przez Świerklany i Jankowice. Początkowo jechałem dość uciążliwą szosą, na szczęście za Świerklanami ruch zmalał i spokojnie dojechałem do Rybnika. Następnym razem poszukam spokojniejszej alternatywy.

Czasem udało się wpaść do lasu
Rybnik wart jest zatrzymania. Miasto znane jako stolica Rybnickiego Okręgu Węglowego powoli odchodzi od przemysłu ciężkiego, niestety nadal króluje w niechlubnym rankingu najbardziej zanieczyszczonych miast w Polsce. Trzeba zobaczyć katedrę neogotycką z początków XX w., budynek ratusza miejskiego i sam rynek miejski. W tym 130-tysięcznym mieście nie brakuje, zwłaszcza w centrum, nie brakuje klimatycznych kawiarni serwujących dobre espresso. Sam się przekonałem.

Warto wpaść do Rybnika
Z miasta wyjechałem porządną ścieżką rowerową w stronę Jeziora Rybnickiego. To kolejny zbiornik zaporowy utworzony poprzez spiętrzenie wód rzeki Rudy. Liczy 4,5 km2, jest więc znacznie mniejszy od zalewu Goczałkowickiego (32 km). Za to służy mieszkańcom miasta i turystom jako doskonałe miejsce rekreacji nad wodą. Pobudowano plaże, pomosty i wypożyczalnie sprzętu wodnego. Rowerzyści mogą objechać jezioro dookoła. Sama przyjemność.

Ścieżka nad jeziorem
Kolejny etap wycieczki to bardzo dobrze oznakowana ścieżka rowerowa do Rud, gdzie znajduje się pocysterski zespół klasztorny a także - niespodzianka - zabytkowa stacja kolejki wąskotorowej. Do zobaczenia koniecznie.

Zabytkowa stacja w Rudach

Zdziwiony byłem dużą liczbą tras rowerowych, dzięki którym mogłem jeździć po lesie, z dala od hałasu miast. Niemal całą resztę pętli, aż do przemysłowych Żor, przejechałem praktycznie po lesie.

Jedna z wielu ścieżek rowerowych w lasach na północ od Rybnika
Końcówka Żory-Jastrzębie może nie należała do wyjątkowo uroczych, musiałem szybko wracać drogą dość uciążliwą. Następnym razem wybiorę inną, mniej rozjeżdżoną przez samochody.

PODSUMOWANIE

Tereny na północ od Rybnika to zdecydowanie obszar, który wymaga dalszej eksploracji. Na pewno wybiorę się tam jeszcze raz, ale na dłużej, z namiotem, by zanocować gdzieś na kempingu, albo nawet na dziko. Warto, bo lasy tam przepiękne, a i ścieżek rowerowych nie brakuje. Śląsk, zielony Śląsk.

Tras do wyboru, do koloru

100 km wokół zbiornika Goczałkowickiego

 Wycieczka dookoła zbiornika Goczałkowice to kolejna propozycja z cyklu, który sam nazwałem "podróże po zielonym Śląsku". Mieszkając na co dzień w słynącym ze smogu Krakowie chętnie ruszam właśnie na Śląsk, paradoksalnie bardziej zielony niż stolica królów polskich. 100-kilometrowy objazd Goczałkowic to propozycja przyjemnej rundy po spokojnych drogach.

Zapora nad zbiornikiem Goczałkowickim

Wycieczkę zacząłem w Ruptawie, południowej dzielnicy Jastrzębia-Zdroju, pewnego słonecznego, lipcowego dnia. Dość szybko wjechałem na nieoficjalną (bo nieoznakowaną) trasę Kindra Trail. trasy pochodzi od lasu Kindra, na południowych obrzeżach miasta. Dalej, przez Bzie i Studzionkę wjechałem na ścieżkę rowerową oznakowaną na niebiesko (nr 279) i na zielono (R4). Obie prowadzą do Pszczyny wzdłuż zbiornika Łąka.

Do Pszczyny towarzyszą widoczne oznakowania

Zbiornik Łąka, zwany też Jeziorem Łąka, jest sztucznym zbiornikiem wodnym utworzony na rzece Pszczynce w gminie Pszczyna. W przeciwieństwie do zbiornika Goczałkowickiego, Łąka oferuje dostęp do wody dla licznie przyjeżdżających tutaj chętnych na kąpiel i skorzystanie z dostępu do wody. 

Zalew Łąka służy celom rekreacyjnym
Zostawiwszy za sobą zbiornik (warto przejść się po zaporze), pojechałem do Pszczyny, zwanej też, nie bezpodstawnie, perłą Śląska. Wzmiankowana już w XIV w., Pszczyna trafiła z ręce niemieckie w wieku XVI; odtąd gród zwany był Pless. Mimo kilku zawieruch wojennych miasto nie ucierpiało za wiele. Nawet za czasów socjalizmu pozostało relatywnie daleko od wielkiego przemysłu, który zdominował Górny Śląsk. Zwiedzając miasto trzeba absolutnie zwiedzić zamek i otaczający go park (ponad 160 hektarów), a także pospacerować po rynku, zawsze tłumnie odwiedzanym przez turystów.

Zamek w Pszczynie
Z Pszczyny ruszyłem na południe w stronę zapory na Wiśle tworzący wschodnią linię jeziora. Zapora to niestety jedyne miejsce, z którego można popatrzeć na zbiornik Goczałkowicki. Niestety jest on całkowicie niedostępny. Lokalne władze od wielu lat starają się by obszar zbiorniku udostępnić dla celów rekreacyjnych, jak w przypadku zbiornika Łąka, co jednak spotyka się ze zdecydowanym oporem administracji Goczałkowic. Szkoda.

Nad zalew można się dostać wyłącznie nielegalnie
Dalej, długi fragment mojej eskapady, aż do Zabłocia, przebiegł dobrze oznakowanym fragmentem Wiślanej Trasy Rowerowej. W Zebrzydowicach natomiast, wjechałem z kolei na Żelazny Szlak Rowerowy.

Wiślana Trasa Rowerowa w lesie
PODSUMOWANIE

Wycieczka nie jest szczególnie forsowna, może z wyjątkiem podjazdów w lesie Kindra. Proponowana przeze mnie trasa biegnie zarówno drogami jak i lasami, jest więc urozmaicona i wygodna. Szczególnie podobał mi się zalew Łąka oraz Pszczyna, a także fragmenty WTR-ki, w pobliżu zbiornika Goczałkowice. Szkoda, że ten piękny i rozległy zbiornik nie służy ludziom. Podobno jest miejscem lęgowym ptaków - trudno mi się wypowiadać na ten temat nie znając szczegółów. Nie zmienia to faktu, że 32 km2 wody pozostają niewykorzystane dla rekreacji.

Pętla z Ołomuńca po Morawskiej Ścieżce Rowerowej 320 km

Krótki pobyt w Ołomuńcu musiałem wykorzystać na trzydniową wyprawę po południowych Morawach. Wybór padł na Morawską Ścieżkę Rowerową do granicy ze Słowacją i Austrią.
Moravská stezka, licząca 320 km, to szlak rowerowy wytyczony biegiem rzeki Morawy. Zaczyna się na granicy polsko-czeskiej w okolicy Głuchołaz na Opolszczyźnie, i kończy na południu w Lednicach niedaleko granicy czesko-austriackiej. Ja ruszyłem w Ołomuńcu, w połowie ścieżki.
Na południu Moraw
Pytanie zasadnicze: czy warto? Oczywiście, że tak. Po pierwsze, trasa wiedzie przez zabytkowe regiony Moraw, a każde, nawet niewielkie miasteczko, zaskakuje architekturą, zabytkami i pamiątkami historii. Wszak od wojny trzydziestoletniej i szwedzkiego potopu (który sięgnął o wiele dalej na południe niż Częstochowa), czyli o ponad trzystu lat, Morawy praktycznie nie zaznały wojny. Po drugie, trasa, z drobnymi wyjątkami, jest łatwo przejezdna, doskonale oznakowana i atrakcyjna przyrodniczo. A po trzecie, Czechy to Czechy: można nie przepadać za kuchnią, ale restauracje (hospody) i najlepsze piwo na świecie to chyba argument, który ostatecznie wielu przekona. Nie wspomnę o uprzejmości i gościnności Czechów.
Południowe Morawy to kraina winnic
Krótkie streszczenie zanim przejdę do dokładniejszego opisu. Ścieżką Morawską (Moravská stezka) z Ołomuńca do Lednic, przejechałem przez dwa dni 200 km. Trzeciego dnia wróciłem do Ołomuńca drogami wyznaczonymi przez aplikację Mapy.cz
Oprócz samego Ołomuńca, na który warto poświęcić jeden dzień, ciekawymi miastami są Kromieryż (Kroměříž), Uherské Hradiště, Hodonin i Břeclav. Wiele przyjemności przyniesie jazda wzdłuż Kanału Baty (Baťův kanál) od Kromieryża do Hodonina. Warto też zajrzeć na trójstyk granic: czeskiej, słowackiej i austriackiej, gdzie łączą się rzeki Morawa (Morava) i Dyja (Dyje).
Ścieżka przy kanale Baty
Dzień pierwszy: Ołomuniec - Veselí nad Moravou 100 km
Pierwsza połowa trasy to 45-kilometrowy odcinek do Kromieryża, który biegnie po mało uczęszczanych drogach. Ładnym przyrodniczo miejscem są okolice miasta Tovačov – jedzie się pomiędzy licznymi stawami.
Nad stawami w Towaczowie
Na rowerowych drogowskazach Moravská stezka jest oznaczona numerem 4, który, w przedziwny sposób, zmienia się czasem w nr 47, by znów powrócić do dawnej czwórki. To taki urok Czechów.
znakowanie czeskich ścieżek
Druga połowa tego odcinka pokrywa się z bardzo popularną na Morawach ścieżką rowerową wzdłuż kanału Baty, wybudowanego w latach 30. XX w. przez czechosłowackich inżynierów. Służył do spławiania węgla brunatnego; teraz jest miejscem, do którego przybywają liczni turyści. 

Jedna z wielu przystani nad kanałem Baty
Wzdłuż kanału powstały małe porty, w których można znaleźć nocleg zarówno w kwaterach, jak i z namiotem. 78-kilometrowa ścieżka rowerowa wzdłuż kanału bardzo przypomina Wiślaną Trasę Rowerową.

Dzień drugi: Veselí nad Moravou – Lednice 102 km
Zaraz po wyjeździe z miejsca noclegu kończy się asfaltowa ścieżka. Do Hodonina przez 30 km jedzie się lokalnymi, niemal pustymi drogami. Po drodze warto pokręcić się w mieście Strážnice, które w XV w. było jednym z głównych miejsc husyckiej rebelii na Morawach.
Strážnice - bramy miasta
Za Hodoninem ścieżka biegnie wałem wzdłuż Morawy. Niestety po 15 km przyjazna szutrowa nawierzchnia zmienia się w nieprzejezdne wysypisko kamieni jak na szlakach górskich. Musiałem prowadzić rower przez jakieś dwa kilometry, zanim uciekłem przecinką w lesie. Tam trafiłem na piękną asfaltową, równą drogę. Aż dziwne, że nie poprowadzono ścieżki właśnie tędy, zamiast po kamieniach. Na Morawską Ścieżkę wróciłem w okolicach Lanžhotu, 10 km dalej, po czym dojechałem do miejsca, w którym spotykają się rzeki Morawa i Dyja, a także granica czeska, słowacka i austriacka.
Trzy granice
Železná opona (Żelazna kurtyna) brzmi dla Polaka zabawnie, trzeba jednak wiedzieć, że granica Czechosłowacji z Austrią pochłonęła 450 ofiar, trzykrotnie więcej niż w podzielonym Berlinie. Usłana zasiekami z drutu kolczastego pod napięciem – są nadal widoczne gdy jedzie się Morawską ścieżką – była pilnowana przez pograniczników, którzy bez pardonu strzelali do uciekinierów. Ponura pamiątka dawnych czasów.
Granica nad Dyją
Moravská stezka kończy się w Brzecławiu (Břeclav).
Zamek w Brzecławiu

A ja na nocleg dojechałem do Lednic, na kemping o wdzięcznej nazwie Apollo.

Dzień trzeci: Lednice - Ołomuniec 120 km
Nie spodziewałem się, że trasa powrotna okaże się tak malownicza. Krajobrazy południowych Moraw, z winnicami i polami winorośli po horyzont nie ustępują Toskanii czy Prowansji. Nie przypuszczałem też, że gęsta sieć rowerowa o wspólnej nazwie Moravské vinařské stezky biegną przez tak atrakcyjne rejony.
Winnice, winnice, winnice...

I jak się nie zachwycić?

Gdybym tylko mógł zostałbym co najmniej jeden dzień dłużej, żeby pojechać na wschód wzdłuż granicy z Austrią, do Mikulova i Znojma. Pozostało mi więc jechać na północ, do Ołomuńca, podziwiając małe miejscowości, w których czas się zatrzymał w epoce cesarza Franciszka Józefa. To na pewno będzie mój kierunek latem przyszłego roku.
Winorośle po horyzont
Zanim opuściłem kraj (województwo) południowo-morawski i wjechałem do ołomunieckiego, zatrzymałem się na kawę i lody na rynku w Vyškovie wspominając rowerową wędrówkę. Reszta drogi do Ołomuńca przez Prościejów nie dostarczyła już takich emocji, jak jej południowa część.

Espresso i lody na koniec
PODSUMOWANIE

Żałuję, że miałem tylko trzy dni na podróżowanie po Morawach. Zgadzam się z powszechnymi opiniami, że cała republika to raj dla rowerzystów – gęsta sieć doskonale oznakowanych ścieżek pozwala poznać to, co Czesi mają najpiękniejszego. Bez wątpliwości powrócę na Morawy, a szczególnie na południe, by powłóczyć się, by poniosły mnie Moravské vinařské stezky.

Typowy widok na południu Moraw