Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Transwielkopolska Trasa Rowerowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Transwielkopolska Trasa Rowerowa. Pokaż wszystkie posty

Z Krakowa w Dolinę Baryczy i z powrotem. Siedem dni i 900 km

Od dawna chciałem zwiedzić Dolinę rzeki Baryczy i pojechać nad Stawy Milickie: tysiące hektarów zbiorników wodnych i kilometry kanałów. Dzięki znakomitym mapom i opisom na Dolny Śląsk Rowerem wiedziałem, że cały ten obszar przecina gęsta sieć ścieżek rowerowych, z głównym 90-kilometrowym Szlakiem Doliny Baryczy. Znalezione wcześniej opisy tych miejsc wcale nie rozmijały się z rzeczywistością: przez dwa dni jechałem krainą niezwykłych krajobrazów, absolutnego spokoju, blisko natury. Lubię jesienne wrześniowe wycieczki. Było po prostu przepięknie.

Typowy widok w Dolinie Baryczy
Ponieważ miałem tydzień do zagospodarowania, zanim dotarłem na Dolny Śląsk, z przyjemnością przeciąłem Górny Śląsk, aby zobaczyć wszystkie cztery zbiorniki Pogoria (z pewnością tam powrócę), oraz zajrzałem nad Jezioro Turawskie (no cóż, rozczarowanie). Do Krakowa wróciłem przez Wrocław, Opole i Górę św. Anny.
Sanktuarium św. Anny

Oprócz Szlaku Doliny Baryczy chciałem poznać inne trasy rowerowe. Spodobała mi się śląska Leśno Rajza i południowa część Transwielkopolskiej Trasy Rowerowej. Kompletną pomyłką okazał się natomiast szlak Toszek-Opole, który nie dość, że istnieje wyłącznie na mapie, to jeszcze prowadzi w gęsty, nieprzejezdny las.

Leśne trasy Leśnej Rajzy

OPIS TRASY

DZIEŃ 1: Kraków - Tarnowskie Góry 127 km

Pierwsze 40 km do Trzebini, przez Tenczyński Park Krajobrazowy i Puszczę Dulowską, przejechałem na pamięć. Znam i lubię te miejsca. O kolejnych czterdziestu do Dąbrowy nie ma co pisać, nic ciekawego. Za to zbiorniki Pogoria naprawdę mnie urzekły. Może dlatego, że lubię wodę.

Ścieżka rowerowa nad Pogorią IV

Wszystkie cztery Pogorie, zwane czasem małymi Mazurami, to zbiorniki wodne powstałe na terenie dawnych wyrobisk piasku. Największa i najnowsza Pogoria IV (zwana też Kuźnicą Warężyńską) to jeden z największych akwenów na południu Polski. Liczy ponad 5 km2, a linia brzegowa to 13 km. Zbiornik powstał w 2005 roku na skutek zalania kopalni piasku „Kuźnica Warężyńska” - stąd jego druga, obok Pogorii IV, nazwa.

Gorąca herbatka musi być

Zanim dojechałem Leśną Rajzą do Tarnowskich Gór, okrążyłem jeszcze jeden akwen powstały w wyniku zalania dawnego wyrobiska piasku - zbiornik Chechło-Nakło, sporo mniejszy od Pogorii IV.

Słońce chyli się ku zachodowi nad zalewem Chechło-Nakło

Nocleg w Tarnowskich Górach miałem dzięki uprzejmości członków grupy Kawałek Trawnika dla Podróżnika, ludzi dobrej woli, którzy za zwyczajne "dziękuję" pozwalają rozbić namiot na terenie swoich posesji.

DZIEŃ 2: Tarnowskie Góry - Kluczbork 147 km

Za Tarnowskimi Górami szybko wpadłem na kolejną, sympatycznie brzmiącą ścieżkę. Była to Leśno Uciecha, 40-kilometrowa pętla, której największą atrakcją jest to, że biegnie w lesie. Tak jak lubię.

Pomarańczowe oznakowanie Leśnej Uciechy

Do liczącego 3,5 tysiąca mieszkańców Toszka zajechałem przed dziesiątą. Zwiedziłem zamek z XV wieku (odbudowany w drugiej połowie XX w.), który obecnie mieści różne instytucje kulturalne. Długa historia miasta sięga przełomu XI i XII wieku - dokumenty pisane z XIII w. wymieniają nazwę Tosses, a także Tossech, Thossech i Thossecz.

Zamek w Toszku od strony dziedzińca

Z ciekawością ruszyłem na ścieżkę Toszek-Opole, oznakowaną na czerwono i opisaną we fragmencie przez samą gminę. Jak słusznie zauważa się we wpisie oznakowanie kończy się w lesie. Miałem wgrany ślad GPS, który poprowadził mnie przez las, tylko że w końcu trafiłem na nieprzejezdne krzaki. Poddałem się. Wyjechałem z lasu i porządną asfaltówką dojechałem do Ozimka, gdzie nad rzeką Przemszą, prawie sto lat temu, zbudowano stalowy most wiszący. Dziś to jedyny taki obiekt w Europie.

Żelazny most w Ozimku

Po 90 kilometrach pedałowania chciałem odpocząć nad jeziorem Turawskim, ale od południowej strony okazało się ono praktycznie niedostępne. Dopiero na wysokości Przystani Turawa udało mi się dotrzeć nad jego brzeg.

Przystań Turawa nad jeziorem Turawskim

Zaraz potem pojawiły się pierwsze dwujęzyczne tablice z nazwami miejscowości. Znak, że znalazłem się na terenie zamieszkałym przez mniejszość niemiecką. Zgodnie z ustawą z 2005 roku, nazwy poza polskimi można wprowadzić w językach mniejszości narodowych i etnicznych uznanych tą ustawą (m. in. białoruskim, czeskim, litewskim, niemieckim).

Na Opolszczyźnie podwójne nazewnictwo nie dziwi

W Kluczborku, gościnę znalazłem na terenie klasztoru Sióstr Józefitek. Niezbadane są wyroki nieba.

Klasztor Sióstr św. Józefa w Kluczborku

DZIEŃ 3: Kluczbork - Ruda Milicka 153 km

To miał być ten długo oczekiwany dzień - dzień, w którym wjadę do Doliny Baryczy. Tak też się stało. Zgodnie z planem, szybko dotarłem do początku południowej części Transwielkopolskiej Trasy Rowerowej w Siemianicach. TTR liczy w sumie 470 km i łączy najdalej wysunięte na północ i południe miejsca Wielkopolski. W 2020 r. przejechałem cały odcinek północny (Poznań-Okonek), chciałem więc poznać fragment części południowej. Przejechałem trochę ponad 70 km przez TTR i przyznam, że trasa nie zawodzi. Jest dobrze oznakowana; prowadzi zarówno mało uczęszczanymi drogami asfaltowymi, jak i drogami polnymi i szutrowymi w lasach.

Oznakowanie południowej części TTR jest bez zarzutu

Zanim dotarłem do Doliny Baryczy w Antoninie, nie odmówiłem sobie przyjemności wjechać na najwyższe wzniesienie w regionie - Kobylą Górę (284 m n.p.m.).

Ołtarz polowy tuż pod szczytem Kobylej Góry

Pomarańczowy szlak rowerowy Doliny Baryczy zaczyna się za Antoninem, w Odolanowie. Aby tam dotrzeć odbyłem bardzo przyjemną wycieczkę leśnymi ścieżkami rezerwatu krajobrazowego Wydymacz. Aż wreszcie, na drzewie za Odolanowem, pojawił się pierwszy znak. Znalazłem się na trasie, o której marzyłem.

Tu jest ścieżka...

...a obok Barycz
Trzydzieści kilometrów, które przejechałem do miejsca noclegu w Rudzie Milickiej to była ekstaza. Staw Jasny, Staw Czarny Las, Staw Grabownica... Wszędzie stawy, na prawo i lewo. Ścieżka przepięknie poprowadzona lasami i pustymi szosami.Często nad samą wodą.
Żadne zdjęcie nie odda uroku Stawów Milickich
Wokół mnie absolutna cisza, żadnego odgłosu cywilizacji, tylko ptaki i wiatr. Choć miałem w nogach ponad sto kilometrów nie czułem zmęczenia.
 
Taka trasa to sama radość

Tylko zbliżająca się noc zmusiła mnie do zatrzymania na nocleg. Wiata w okolicach Rudy Milickiej znakomicie się do tego nadawała.

Nocleg przy wiacie w pobliżu Rudy Milickiej

DZIEŃ 4: Ruda Milicka - Wrocław 115 km

Kolejny cudowny dzień nad Baryczą. Najpierw krótka wizyta w Miliczu, a potem kolejne przepiękne okolice: właściwy Rezerwat Stawy Milickie, a następnie Rezerwat Olszyny Niezgodzkie. A potem wspaniałe widoki przez ponad 50 km, aż do Żmigrodu.

Ścieżka rowerowa za Miliczem

Na szczególną uwagę zasługują 23 kilometry ścieżki Doliny Baryczy wybudowane na trasie dawnej kolejki wąskotorowej Grabownica-Sułów. Ścieżka jest komfortowa, doskonale oznakowana, a wzdłuż trasy pobudowano ławki, stojaki i wiaty przypominające malutkie stacje kolejowe.

Wiata przy ścieżce

Za Sułowem wjechałem we właściwy Rezerwat Stawy Milickie, liczący ponad pięć tysięcy hektarów, z czego dwie trzecie zajmują stawy. Stawy Milickie znalazły się w programie ONZ Living Lakes jako jeden z trzynastu unikalnych obszarów wodnych na świecie.

W Rezerwacie Stawy Milickie
Zaraz potem wjechałem na teren kolejnego rezerwatu: Olszyny Niezgodzkie, który powstał nad rzeką Ługą w pobliżu wsi Niezgoda. Zachowały się tam niezwykłe, trudno dostępne olsy - lasy rosnące w wodzie.

Wieża obserwacyjna nad Starym Stawem
Z żalem ruszyłem znad Starego Stawu kierując się na Rudę Żmigrodzką, Radziądz i Żmigród. Postanowiłem powrócić w Dolinę Baryczy w przyszłym roku i dokładniej objechać stawy i lasy. Tak więc szybko dojechałem do Żmigrodu, pokręciłem się wśród ruin barokowego pałacu. Wzmianki o żmigrodzkiej warowni pochodzą już z XIII wieku. Przyjemnymi ścieżkami dojechałem do Trzebnicy.

Między Żmigrodem a Trzebnicą

Rynek w Trzebnicy


Ostatnie 25 km z Trzebnicy do Wrocławia to nadal niestety czarna dziura rowerowa. Z braku ścieżki, pozostaje dojazd szosami wśród pędzących aut. 

DZIEŃ 5: Wrocław - Obrowiec 135 km

Trudno powiedzieć, że był to bardzo udany dzień. Rano pokręciłem się po dobrze mi znanym Wrocławiu - miasto imponuje zabytkami, pięknymi miejscami, a do tego jest bardzo przyjazne dla rowerzystów. 

Do Wrocławia zawsze warto przyjechać (most na Ostrów Tumski)
Niestety wyjazd na południe pozostawia wiele do życzenia. Z braku interesującej alternatywy, 60 km do Brzega przejechałem mało ciekawą krajówką nr 94.

Jesienny rynek w Brzegu

Kolejne 40 km do Opola przejechałem mało uczęszczanymi drogami, całkiem przyjemnymi. Pokręciłem się po starej części miasta, wypiłem kawę na rynku i ruszyłem dalej, przed siebie. Bez planu na nocleg (co do mnie jest niepodobne - niemal zawsze z wyprzedzeniem planuję miejsca na nocleg).

Podwójne espresso na rynku w Opolu przywróciło dobry nastrój po mało ciekawej krajówce Wrocław-Brzeg

Ostatecznie zatrzymałem się po zmroku na terenie parafii św. Jana Chrzciciela. Proboszcz pozwolił mi przenocować w świetlicy parafialnej; nawet nie musiałem rozkładać namiotu. Wielkie dzięki.

Nocleg w parafii Obrowiec

DZIEŃ 6: Obrowiec - Jastrzębie Zdrój 108 km

Plan na rano był prosty, oczywisty wręcz: Góra św. Anny. Miejsce, do którego jeszcze nigdy nie zawitałem, i od którego dzieliło mnie zaledwie 14 km. To nic, że dość ostro pod górę.

Platforma widokowa na górze św. Anny
Góra św. Anny współczesną nazwę zawdzięcza imieniu patronki kościoła i klasztoru franciszkańskiego znajdujących się we wsi o tej samej nazwie, położonej na szczycie tej góry. Wcześniej nosiła nazwę Chełm (w znaczeniu „wzgórze”, „wzniesienie”), a także Góra Chełmowa, Góra Chełmska, Wysoka Góra, a także Góra św. Jerzego – od nieistniejącej już dziś kapliczki.

Góra św. Anny to także nazwa wsi na szczycie góry św. Anny

Początki kultu św. Anny, głównej patronki Śląska Opolskiego, na wzniesieniu nazwanym później jej imieniem, sięgają XV w. Do sanktuarium z figurą św. Anny Samotrzeciej pielgrzymowali głównie Górnoślązacy, ale w czasie rozbiorów miejsce to przyciągało także Wielkopolan, mieszkańców zaboru rosyjskiego, Galicji, Moraw i Czech. Z czasem Góra św. Anny stała się symbolem narodowej i regionalnej tożsamości – modlono się tu po polsku, w tym języku głoszono też kazania.

Widok z dziedzińca sanktuarium

Z góry, jak z góry, szybko zjechałem na południe drogą 425 do Sławęcic, gdzie zaczęły się spokojne i puste lokalne drogi asfaltowe otoczone lasami. Jedynym przeciwnikiem był mocny wiatr z południa. Już drugi dzień wiał mi prosto w twarz.

Jeszcze długo towarzyszyły mi dwujęzyczne tablice

W Rudach, na 65-kilometrze, zjechałem z asfaltowej drogi i znów znalazłem się na leśnych ścieżkach Górnego Śląska. W Rudach nie zatrzymałem się na zabytkowej stacji kolejki wąskotorowej - zwiedziłem ją rok wcześniej. Dalsza droga do Rybnika, w lesie, to była prawdziwa radość.

W oddali kominy elektrowni Rybnik

Po zupce i herbatce nad Zalewem, pojechałem na rynek w Rybniku na kawę i lody. Drobna przyjemność, ale cieszy.

Skwer u stóp katedry św. Antoniego w Rybniku

O reszcie drogi, dwudziestu kilometrach do Jastrzębia-Zdroju drogami publicznymi, trudno powiedzieć, że jest szczególnie atrakcyjna. Trzeba przejechać, i już. Wiedziałem, że kolejny etap, już do Krakowa, przelecę znaną mi na pamięć Wiślaną Trasą Rowerową.

Miło było dojechać do mojego drugiego domu

DZIEŃ 7: Jastrzębie-Zdrój - Kraków 131 km

O tym dniu powiem najmniej, bo WTR-kę (Brzeszcze-Kraków) przejechałem w obie strony już kilka razy - rok temu, a także dwa lata wcześniej, gdy zaczynałem przygodę z rowerem na dystansach dłuższych niż codzienna jazda po mieście.

Po przyjemnych piętnastu kilometrach lokalnymi drogami do Strumienia, kolejne trzydzieści do Brzeszcz już nie było zbyt fajne. Cieszyła mnie tylko myśl, że zaraz, za chwilę w Brzeszczach, wpadnę na WTR-kę. Owszem, mogłem jechać południową częścią jeziora Goczałkowickiego, jak rok temu, ale chciałem już jak najszybciej dojechać do Krakowa.

Upragniona tabliczka w Brzeszczach

Na Wiślanej Trasie Rowerowej, zanim dotarłem do domu, jeszcze upichciłem sobie lekki obiad, zrobiłem kawę, i spokojnie, w słońcu, wciąż pod wiatr, dojechałem do stolicy Małopolski. Podliczyłem kilometry - w sumie wyszło 913. Niezły wynik.

Ostatni posiłek tej 7-dniowej podróży

PODSUMOWANIE

Bez wątpienia, absolutnie fantastycznym fragmentem podróży były dwa dni spędzone w Dolinie Baryczy. Piękna tego regionu nie oddadzą żadne zdjęcia, ni opowieści. To trzeba zobaczyć - posiedzieć nad którymś z tysiąca stawów, posłuchać nieustającego śpiewu ptaków, zobaczyć gwiazdy na niebie nie zanieczyszczonym światłem. 

Dolina Baryczy - kraina tysiąca stawów
Dodam, że Dolina to nie tylko rozległe stawy i lasy, to także piękne łąki chętnie odwiedzane przez wszelką zwierzyną (mniej przez ludzi).
Łąki rozległe, słoneczne, pachnące,

Z przyjemnością pojeździłem po lasach Górnego Śląska ścieżkami, które dotąd słabo znałem, jak Leśno Rajza i Leśno Uciecha. Ciekawym odkryciem był też styk Opolszczyzny i Wielkopolski od Kluczborka do Odolanowa. Cieszę się, że poznałem spory fragment południowej części Transwielkopolskiej Trasy Rowerowej.

Późne śniadanie nad niewielkim stawem w Nosalach

O rozczarowaniach pisałem (Toszek-Opole), gorszych drogach też (Wrocław-Brzeg). Wiadomo, że autentyczna relacja z jakiejkolwiek wyprawy nie przypomina sztucznie pięknej pocztówki z wakacji, gdzie nie ma miejsca na zmęczenie, znużenie, czy marne widoki. Tych na szczęście miałem tak mało podczas tych siedmiu dni, że moją wycieczkę będę zawsze miło wspominał.

Tak wygląda szczęście

Dodam, że to była kolejna z podróży na zasadzie jak największej autonomii - własne spanie i gotowanie. Doskonale sprawdziła mi się kuchenka Primus, która pół litra wody doprowadza do wrzenia naprawdę w ciągu trzech minut. Sprawdziła się na wyciecze w górach, sprawdziła też na rowerze. Co za przyjemność mieć pod ręką gorącą herbatę lub kawę, wedle życzenia!

Tak gotowała się woda na Lubaniu Wielkim, podczas innej wycieczki


Z Częstochowy na Hel - dziesięć dni i tysiąc kilometrów

Sezon roku 2020 zakończyłem w wielkim stylu (wielkim jak na mnie). Zrealizowałem marzenie, które na pewno niejednemu sakwiarzowi chodzi po głowie: ruszyć z południa i dojechać do Bałtyku. Od razu zastrzegam: nie jestem ortodoksyjnym typem, żeby koniecznie punktem startowym był najbardziej na południe wysunięty skrawek Polski. Może jakiś czytelnik tego bloga żachnie się i powie, że Częstochowa - mój punkt startowy - to żadne południe. I niech tak zostanie. A teraz kilka konkretów.

Marzenie sakwiarza - dojechać przez Polskę nad morze
Wycieczka nie miała jakiegoś konkretnego, z góry założonego planu. Chciałem dojechać jak najdalej na północ, najchętniej nad morze. I tak się stało. A więc: Częstochowa, Koło, Konin, Poznań, Piła, Darłowo. Potem wybrzeżem na Hel i do Gdyni. I tyle. Dziesięć dni i dokładnie 1100 km.

Nad Wartą za Uniejowem
Trasę wyznaczyłem trzymając się map szlaków rowerowych, które okazały się mniej lub bardziej aktualne. Z Częstochowy do Działoszyna (47 km) jechałem czerwonym, praktycznie nieistniejącym szlakiem nazwanym po prostu Częstochowa-Działoszyn. Potem Nadwarciańskim Szlakiem Bursztynowym, teoretycznie żółtym, liczącym 164 km dojechałem z Działoszyna do północnych krańców jeziora Jeziorsko. Tam ma swój początek kolejny, Nadwarciański Szlak Rowerowy, z którego zjechałem w Obrzycku, na północ od Poznania, by następnie Transwielkopolską Trasą Rowerową dotrzeć do Szczecinka. Ostatnia setka do morza w Darłowie przebiegła mało uczęszczanymi krajówkami. Reszta trasy to dobrze znana nadmorska R10.
Niebieski szlak Nadwarciański między Kołem a Koninem
Ogólne wrażenia z tych tras są następujące: dawno wytyczone szlaki, takie jak Bursztynowy, czy Nadwarciański, a nawet w większości Transwielkopolski, są praktycznie nieoznakowane. Krótko mówiąc, do Poznania jechałem śladem gpx. Dopiero potem oznakowanie znacznie się poprawiło. Na temat R10 powiem to, co mówią niemal wszyscy na forach rowerowych: w województwie zachodniopomorskim nie ma potrzeby korzystać z map ani gps-a. Oznakowanie jest nienaganne. W Pomorskiem jest gorzej - miejscami źle, miejscami całkiem dobrze a nawet bardzo dobrze. Miejscami można jednak się pogubić.

Trasa ma w nazwie Transwielkopolska, ale oznakowanie pozostawia do życzenia
Podczas drogi chciałem być maksymalnie niezależny - miałem namiot i kuchenkę. Po raz pierwszy zainstalowałem ładowarkę podłączoną do dynama w przednim kole. Sprawdziła się całkiem dobrze.

Rower i wyposażenie sprawiło się znakomicie. Odpoczynek w parku w Pile
Ogólnie rzecz biorąc, im dalej w drogę, tym trasa stawała się coraz bardziej atrakcyjna. Pierwsze 400 km, to była dość długa, czasem nużąca droga. Powiedziałbym, że połowę stanowią takie sobie odcinki dróg krajowych, ale też muszę przyznać, że nie brakowało bardzo atrakcyjnych odcinków, na przykład droga wzdłuż Jeziorska, czy początek Szlaku Nadwarciańskiego. Na północ od Poznania było jeszcze ładniej. Nie tylko dlatego, że znacznie poprawiło się oznakowanie, ale najwyraźniej trasy rowerowe są tam stale utrzymywane i prowadzone przez naprawdę atrakcyjne miejsca. W szczególności zachwyciła mnie końcówka Transwielkopolskiej Trasy Rowerowej za Okonkiem. W rezerwacie Wrzosowiska, koło Okonka można siedzieć, patrzeć i podziwiać przyrodę. Jak jest nad Bałtykiem każdy wie.

Daleko od szosy, piękna pogoda, cudowne widoki - sama radość. Droga w Parku Krajobrazowym Międzyrzecza Warty i Widawki
Trasę przejechałem między 15 a 24 września 2020 r. Miałem mnóstwo szczęścia, bo ani razu nie spadł deszcz. Noce były już dość zimne, dlatego nie zdecydowałem się na spanie w samym śpiworze na plaży. Tę przyjemność musiałem odłożyć na inny czas. Z dziesięciu noclegów, osiem miałem w namiocie, na kempingach i na dziko. Dwa razy miałem prawdziwy dach nad głową.

Niezawodny towarzysz podróży od lat
Dzień 1 Częstochowa - Popów-Kolonia (j. Jeziorsko) 145 km

Luksusowy i pusty InterCity dowiózł mnie z Krakowa. Nie zdecydowałem się na jazdę rowerem do Częstochowy aby oszczędzić czas, a także dlatego, że nie znalazłem sensownej trasy na mocno obciążony sakwami rower. Szlak Orlich Gniazd, który przejechałem rok wcześniej, nie za bardzo nadaje się na rower trekingowy z czterema sakwami.

Częstochowa Stradom - czas, start
Odcinek do Działoszyna, 47 km, nie jest za bardzo atrakcyjny, bo jedzie się przeważnie po szosie - hałas i samochody. W Działoszynie po raz pierwszy spotkałem się z Wartą, jeszcze cieniutką, nie taką wielką jak w Poznaniu. Odpocząłem chwilę nad rzeką przy moście i zjadłem jeszcze domowe kanapki.

W Działoszynie przy moście nad Wartą
Za Działoszynem wjechałem na Bursztynowy Szlak Nadwarciański. Już nie raz przekonałem się jeżdżąc po Polsce, że taki szlak-widmo to nie rzadkość. Czasem tylko jakaś tablica informuje, że turysta na nim się znalazł, jak w Konopnicy, gdzie warto nieco zboczyć 150 m, by zobaczyć stare grodzisko. Dalej trasa robi się dużo bardziej atrakcyjna, bo prowadzi przez Park Krajobrazowy Międzyrzecza Warty i Widawki. Jechałem z rzadka uczęszczanymi drogami asfaltowymi i, coraz częściej, szutrówkami w lesie. To duża zmiana po hałaśliwym początku za Częstochową.

Nad Widawką, miejsce pierwszej kąpieli
Pod wieczór dotarłem do miejsca biwaku, które wypatrzyłem na Plazujemy.pl Namiot rozbiłem na pustej plaży nad Jeziorskiem. Kąpiel w ciepłej wodzie, reszta domowych kanapek z herbatą i niemal idealna cisza były przyjemnym akcentem na zakończenie pierwszego dnia podróży.

Jeziorsko. Cała plaża moja
Dzień 2 Popów-Kolonia - Miłosław 160 km

Drugiego dnia pokonałem najwięcej kilometrów jeśli chodzi o dzienne przebiegi. Z plaży nad Jeziorskiem zwinąłem się z samego rana i pojechałem do Uniejowa, historycznego miasteczka założonego w XIII, którego największą ozdobą historyczną jest zamek, a współczesną termy.

Zamek arcybiskupów gnieźnieńskich w Uniejowie
W Uniejowie zaczyna się Nadwarciański Szlak Rowerowy, którego bardzo byłem ciekaw. I nie zawiodłem się, bo mimo słabego oznakowania, trasa wiedzie po wałach powodziowych wzdłuż Warty, głównie przez rozległe łąki.

Początek Nadwarciańskiego Szlaku Rowerowego za Uniejowem
Przyjemnie, utwardzonym wałem, z dala od dróg, dojechałem do Koła. Samo miasto, znane z ceramiki sanitarnej, nie oferuje nadzwyczajnych zabytków. Pojechałem na zachód od miasta zobaczyć ruiny XIV-wiecznego zamku, położonego nad samą Wartą, ale trwały tam prace remontowe, a teren był ogrodzony siatką. Dalsza droga wałami nad rzeką była niemożliwa, więc wjechałem na krajówkę nr 72 i tak dojechałem do Konina, w którym, podobnie jak w Kole, też niewiele znalazłem do oglądania.

Nietrudno się domyślić - Konin
Pokręciłem się po rynku i równym tempem, po szosie, przejechałem 70 km, jakie dzieliły mnie od Miłosławia, miasta leżącego na Nadwarciańskim Szlaku św. Jakuba. Biwak zrobiłem sobie nad jednym z miłosławskich stawów.

Dzień 3 Miłosław - Poznań (Przeźmierowo) 91 km

Po dwóch dniach i trzystu kilometrach zdecydowałem się na spokojniejszy dzień. Bez pośpiechu spakowałem się rano, zrobiłem zakupy na śniadanie i resztę dnia, po czym pokręciłem się po mieście. Liczący 3,5 tysiąca mieszkańców Miłosław ma bogatą historię sięgającą XIV wieku. Dość powiedzieć, że był ważnym ośrodkiem protestanckiej Reformacji, a w wyniku zaborów zostało przyłączone do Prus. W Miłosławiu warto zwiedzić park miejski, w którym znajduje się pomnik Juliusza Słowackiego. Podczas odsłonięcia pomnika w 1899 przemówienie, znane jako Mowa polska, wygłosił Henryk Sienkiewicz.

Pomnik wieszcza w parku w Miłosławiu
Ponieważ trzeciego dnia podróży w ogóle się nie spieszyłem, pierwszy postój zrobiłem już po 20 km, w Środzie Wielkopolskiej, mieście lokowanym w XIII wieku. Pokręciłem się po rynku, gdzie, bez większego wahania, zatrzymałem się w kawiarni Wiedeńskiej na sernik z kawą. Smakował zabójczo.

Wiedeński wystrój kawiarni Wiedeńskiej w Środzie Wielkopolskiej
Potem wybrałem się nad jezioro Średzkie na obrzeżach miasta, z bardzo ładnie zagospodarowaną plażą. Byłem jedynym plażowiczem - skorzystałem z możliwości kąpieli, choć temperatura wody nie zachęcała do zanurzenia się. Przyszedł też czas na małe pranie. Jak to w drodze.

Tłumów na jeziorem Średzkim nie było
Kolejne kilometry w stronę Poznania pokonałem mało uczęszczanymi drogami. Dopiero zbliżając się do stolicy Wielkopolski ruch gęstniał coraz bardziej. Na szczęście nie trwało to długo, od Szczepankowa znów zrobiło się spokojnie. Przez Kobylepole dojechałem nad Maltę.

Jezioro Malta w Poznaniu
Tak w ogóle, to nie miałem szczęścia z wiatrem, jego kierunek zmieniał się, jak na złość, wraz z kierunkiem jazdy. Jak jechałem na północ, z Częstochowy do Koła, wiało oczywiście z północy. Gdy ruszyłem w stronę Poznania wiatr zmienił się na północno-zachodni. Fakt, nie do końca prosto w twarz, ale gdy mocno wieje to wiadomo jak się jedzie.

Ponieważ wciąż miałem dużo czasu objechałem jezioro Maltańskie, po czym ruszyłem zapoznać się z poznańską Wartostradą, by ostatecznie, przez zabytkowe centrum miasta, dojechać do Przeźmierowa. Miałem tam zamówiony nocleg dzięki uprzejmości grupy Kawałek trawnika dla podróżnika. Wspaniała inicjatywa -są ludzie dobrej woli, którzy za darmo udostępniają przydomowy trawnik na kampera albo namiot.

Rynek w Poznaniu
Dzień 4 Przeźmierowo - Piła 131 km

Jazda bez śniadania nie jest najlepszym rozwiązaniem, ale przyznam, że w podróży pierwszy posiłek jem dopiero po kilku godzinach. Niezdrowo, ale mam wrażenie, że lepiej smakuje. Tak więc śniadanie, niezbyt wyszukane - kiełbasę z chlebem - zjadłem po 40. kilometrach, w Szamotułach. Po takim obiadośniadaniu (skoro jest obiadokolacja, to może być obiadośniadanie) następnym postojem musiała być przerwa na deser. W historycznym Czarnkowie, piastowskim grodzie, który powstał w XI w., zawitałem do kawiarni Kofeina, gdzie uraczyłem się znakomitym cappuccino

Istnieją poważne wątpliwości czy podkanclerz Janko z Czarnkowa urodził się w Czarnkowie
Kolejny przystanek zrobiłem w ładnie zagospodarowanym kompleksie wypoczynkowym z plażą w Trzciance, nad jeziorem Sarcze. Za wcześnie było na biwak, ale za to nastała odpowiednia godzina na obiadokolację (po wcześniejszym obiadośniadaniu), na którą złożyły się kiełbaski kupione w Szamotułach, odgrzane na mojej znakomitej czeskiej kuchence marki Pinguin.

Piknik pod wiatą w Trzciance
Generalnie za Poznaniem Transwielkopolska Trasa Rowerowa podobała mi się dużo bardziej niż jej odcinek południowy. Do Szamotuł prowadzi asfaltowa ścieżka oddzielona od szosy., do Czarnkowa szutry i nieuczęszczane drogi, a do Trzcianki niemal puste szosy.

Puste szosy między Czarnkowem i Trzcianką

Dzień 5 Piła-Szczecinek 104 km

Każdego dnia TTR podobała mi się coraz bardziej. Za Piłą, po 11 kilometrach, zatrzymałem się nad pustym i zamglonym jeziorem Płocie w Płotkach i pożałowałem, że nie rozbiłem się właśnie tam. Dalej biegnie leśnymi drogami, wprost wymarzonymi do podróży rowerem. W Skórce postanowiłem nieco zmienić trasę, żeby pojechać do Złotowa. Dlaczego tam? A dlatego, że dwoje krakowskich przyjaciół pochodzi z tego miasta. Ponieważ nazwa Złotowa przewijała się podczas towarzyskich rozmów pomyślałem, że skoro znalazłem się w okolicy, to zobaczyć jak wygląda ich rodzinne miasto. 

Złotów centrum
Złotów początkowo nazywał się Welatow; ta nazwa pojawiła się w 1370 w kronice wspomnianego juz Janka z Czarnkowa. Złotów złupili najpierw Krzyżacy, potem Szwedzi, a po I rozbiorze znalazł się w zaborze pruskim. Do Polski należy ponownie od 1945 r.

Po niecałych 20 km za Złotowem wróciłem na Trasę Transwielkopolską, która nieuczęszczanymi szosami i szutrami w lasach doprowadziła mnie do miasteczka Okonek. Za nim rozpoczął się ostatni, ale za to najpiękniejszy jej fragment, wytyczony wyłącznie w lesie.

Cudowna szutrówka w lasach za Okonkiem

Jadąc TTR-ką absolutnie koniecznie trzeba zatrzymać się koło rezerwatu Wrzosowiska, utworzonego w 2008 r. na dwustu hektarach po dawnym poligonie. Jakże cieszy, że latają tam ptaki, nie granaty.

Kiedyś poligon, dziś rezerwat wrzosowisk
Trasę Transwielkopolską pożegnałem, co logiczne, na granicy województw wielkopolskiego i zachodniopomorskiego. Niemal do samego Szczecinka miałem wrażenie, że poruszam się po dawnych terenach wojskowych. Bo jak wytłumaczyć, że ni stąd, ni zowąd, w środku lasu, znajduje się droga ułożona z betonowych płyt, która kończy się... płytą lotniska.

Takie niespodzianki po drodze
Dzień skończyłby się banalnym spaniem w namiocie w Szczecinku na terenie jednej z parafii, gdyby nie fakt, że na kolację poszedłem do restauracji Tu Wenecja. Nie pamiętam, bym w ostatnich latach zjadł tak doskonałą pizzę jak w tym lokalu. Pizza, cudowne tiramisu i aromatyczne espresso wypełniły mnie szczęściem.

Dzień 6 Szczecinek-Darłowo 124 km

Wiedziałem, że tego dnia dojadę nad morze, wiedziałem, że miałem za sobą jakieś 630 km, nie wiedziałem za to, że, licząc w dniach, nie kilometrach, był to półmetek mojej wycieczki. Druga jej połowa zaczęła się od zwiedzania malowniczego Szczecinka i objazdu zjawiskowego jeziora Trzesiecko, nad którym, a konkretnie na Mysiej Wyspie, nie tylko zjadłem śniadanie, ale i wykąpałem się i zrobiłem pranie. Tyle radości w jednym miejscu.

Na Mysiej Wyspie w Szczecinku. Kąpiel, pranie i śniadanie
Dalej próbowałem jechać trasami rowerowymi znalezionymi w aplikacji Mapy.cz, które figurują jako TR2 i TR3. Prowadzą one jednak po bardzo piaszczystych drogach, zbyt piaszczystych jak na mój rower, więc w Skotnikach zjechałem na szosę nr 11 i pomknąłem na północ.

Pięknie, ale zbyt piaszczyście. Nie dałem rady jechać
Zatrzymałem się na deser i kawę w Bobolicach, miasteczku o ciekawej historii - w jego okolicach osiedliło się wiele rodzin czeskich husytów wypędzonych z ojczyzny przez Habsburgów w XVII w.

XIX-wieczny neogotycki kościół Wniebowstąpienia NMP w Bobolicach
Drogę do Darłowa, gdzie zaplanowałem nocleg,przebyłem mniej uczęszczanymi szosami, gdzie trudno o jakieś atrakcje. Bardzo przyjemne chwile przeżyłem gdy dojechałem do pierwszego drogowskazu oznajmującego, że oto znalazłem się na nadmorskiej R10. 

Pierwsze spotkanie z R10. Znalazłem się prawie nad morzem
Słońce chyliło się ku zachodowi gdy rozbiłem namiot na kempingu Róża Wiatrów w Darłówku, na którym oprócz mnie stał tylko jeden kamper. Po gorącym prysznicu, pierwszym od trzech dni, pojechałem do miasta, gdzie z przyjemnością pochłonąłem dużą porcję kebaba. Radość wyjścia nad morze zostawiłem sobie na rano, w ciemnościach i tak niewiele bym zobaczył.

Pusty kemping w Darłowie
Dzień 7 Darłowo-Rowy 74 km

No i stało się! Spotkanie z morzem w porcie w Darłowie po sześciu dniach jazdy i 750 kilometrach. A gdy nacieszyłem się widokiem wody po horyzont, zrobiłem zakupy i usiadłem na falochronie z drożdżówką i maślanką. Najlepsze śniadanie w podróży.

Rower i morze. Euforia
Pierwsze trzydzieści kilometrów za Darłowem to czysta radość - wspaniała pogoda i równie cudowne widoki. Doskonale oznakowana R10 prowadzi linią brzegu aż do Jarosławca, gdzie odbija od Bałtyku w stronę jeziora Wicko, omijając w ten sposób poligon wojskowy. Nad morze wróciłem w Ustce. Przy tej okazji nie sposób nie wspomnieć o kontraście między trasą R10 w obu województwach. Sielanka kończy się już na wjeździe do pomorskiego.

Asfalt kończy się na granicy województw. Ciąg dalszy w lesie
Mimo czasem gorszego oznakowania szlak jest niezwykle przyjemny, prowadzi leśnymi i polnymi drogami. Trochę trzęsie na płytach betonowych.

Słowiński Park Narodowy. Betonowe płyty i przepiękne pejzaże
Dzień skończył się przemiłym akcentem. Tuż przed Rowami zapytałem panią zbierającą owoce dzikiej róży czy nie zna jakieś taniego noclegu (liczyłem na kwaterę, agro itp.). Powiedziała, że może zaproponować pokój w mieście, wsiadła na rower i pojechaliśmy w stronę Rowów. Jakież było moje zdziwienie gdy dojechaliśmy do.. luksusowego apartamentowca przy samej plaży. Wspomniany "jakiś pokój" okazał się eleganckim apartamentem z pełnym wyposażeniem, za który właścicielka zażądała jedynie symbolicznej opłaty. Moja wdzięczność nie znała granic. Są jeszcze dobrzy ludzie na ziemi. Alicjo, dziękuję.

Luksusowy apartament i zachód słońca jak marzenie
 Dzień 8 Rowy-Żarnowiec 103 km

Poranki bez zwijania namiotu są łatwiejsze. Rano wyskoczyłem zaopatrzyć się na drogę i na śniadanie. Z paczki dziesięciu jajek cztery usmażyłem, zaś pozostałe sześć ugotowałem na twardo (wystarczyło na kolejne dwa dni). Po obfitym śniadaniu i pożegnalnej kawie z Alicją ruszyłem na jeden z najpiękniejszych odcinków R10 wspaniałą ścieżką, którą mija się jeziora Gardno i Dołgie Wielkie. Przy obu zbudowane są platformy widokowe pozwalające na obserwację przebogatej fauny. Patrząc na kormorany po raz kolejny przekonałem się, że warto było zabrać lornetkę.

Jezioro Dołgie Wielkie - widok z platformy
Kolejnym punktem nie do pominięcia jest XIX-wieczna latarnia morska w Czołpinie, położona na wydmie w Słowińskim Parku Narodowym.  Z 25-metrowej latarni widać słynne ruchome wydmy, ogromne połacie piachu w nadbrzeżnych lasach.

Położona na wydmie latarnia w Czołpinie
Dla osoby nawet tylko trochę obeznanej z R10 nazwa Kluki wiele mówi. Celowo chciałem uniknąć bagna i błota więc ominąłem to miejsce asfaltem przez Główczyce. A skoro znalazłem się na stosunkowo mało uczęszczanej drodze postanowiłem nie jechać na północ do Łeby tylko kontynuować drogę na zachód w stronę Zatoki Puckiej. I tak zeszło ponad 60 km - równym tempem, po asfalcie szos. Korzyść była taka, że doładował mi się telefon. Przydała się ładowarka.

Myślałem, że dojadę do R10 w okolicach Krokowej, ale nie zdążyłem i dzień ostatecznie zakończyłem w Żarnowcu. Jeżdżenie we wrześniu ma wiele zalet, przede wszystkim puste trasy rowerowe, co nad morzem jest absolutnie nie do pomyślenia w sezonie. Wadą jednak jest krótszy dzień, bo w zasadzie już około 18 trzeba rozglądać się za noclegiem. 

Słońce się chowa nad jeziorem Żarnowieckim

Dzień 9 Żarnowiec-Hel-Jastarnia 89 km

Na R10 wjechałem za Krokową gdzie zaczyna się bardzo dobra ścieżka zbudowana na nasypie wąskotorówki Krokowa-Swarzewo. Po 30 kilometrach znów znalazłem się nad morzem, we Władysławowie.

Nowiuteńkie wiaty przy ścieżce Krokowa-Swarzewo
Nie można powiedzieć, że plaża we Władku świeciła pustkami, ale nie ma żadnego porównania z tłokiem w sezonie. Podobnie było w mijanych nadmorskich kurortach, Darłowie, Ustce, Jarosławcu czy w Rowach.

Na plaży we Władysławowie
Przypuszczam, że jazda rowerem po Półwyspie Helskim w sezonie jest dużym wyzwaniem - pełno samochodów i rowerzystów, skoro we wrześniu, w połowie tygodnia ruch był nadal całkiem spory. I to mimo faktu, że mijane po drodze kempingi i szkoły windsurfingu już zapadły w sen oczekując kolejnego sezonu. O półwyspie nie ma co za bardzo się rozpisywać, bo nazwy miejscowości takich jak Chałupy, Kuźnica, Jastarnia, Jurata, są wszystkim dobrze znane. Mimo września w mieście Hel sezon jeszcze trwał. Budki z goframi i porażającą tandetą nadal były oblegane przez turystów.

Miasto Hel. Dalej się nie da
Na krańcu Helu trochę się wzruszyłem świadomością, że oto dojechałem do symbolicznego krańca Polski, z którego pozostaje już tylko droga powrotna. Na dodatek, aplikacja Strava nie gdzie indziej jak na samym cyplu, w helskim porcie, pokazała tysięczny kilometr. W sumie nieważne, czy było to dokładnie tysiąc, czy 950 albo tysiąc ileś. Zadowolony, powoli ruszyłem do Jastarni, gdzie miałem zamówiony nocleg. Ostatni nocleg tej wyprawy.

Tu licznik pokazał tysiąc kilometrów
Dzień 10 (ostatni) Jastarnia-Gdynia 82 km

Zanim dojechałem do dworca Gdynia Główna Osobowa jeszcze sporo się wydarzyło ponieważ zaskoczyła mnie bardzo ładna ścieżka wzdłuż wybrzeża Zatoki Puckiej, przez Swarzewo, Puck, Rzucewo, rezerwat Beka. 

Nad Zatoką Pucką
Na rynku w Pucku zrobiłem przerwę na kawę, a w rezerwacie Beka znów wyciągnąłem lornetkę, żeby popatrzeć na ptaki. Ścieżka niemal przez cały czas biegnie brzegiem morza. Za rezerwatem Beka jest już mniej przyjemnie. Do Gdyni dojechałem jakimiś dziwnymi drogami, gubiąc po drodze R10. 

Rynek w Pucku
Pokręciłem się trochę po mieście, a to po Nadbrzeżu Prezydenta, a to promenadą aż do Polanki Redłowskiej, po czym pojechałem na obiad, po czym wróciłem nad Zatokę na ostatnią kąpiel w morzu. A potem tylko ostatni fragment drogi - do dworca PKP. I to był ostateczny koniec.

Gdynia Główna Osobowa czyli koniec podróży
 

PODSUMOWANIE

Gdy sezon wcześniej zaczynałem przygodę z sakwami nie przypuszczałem, że rok później zapędzę się aż nad morze. Jak na razie to dla mnie rekord. Ale nie liczba kilometrów, ani dni spędzonych w podróży nie są najważniejsze, lecz sama wędrówka. Co z niej zapamiętałem? Po pierwsze, zmieniające się krajobrazy, od pól nad Wartą, przez jeziora w Zachodniopomorskiem, aż do wód Bałtyku. Piękna jest ta nasza Polska. Niby ją znam, a jednak wciąż odkrywam ją na nowo. 

Jesień w parku zamkowym w Krokowej, dawnej posiadłości rodziny von Krockow
Po drugie, przebywanie z samym sobą. Ktoś powie - po co komu samotność, ja odpowiem - nie nudzę się ze sobą. Przy czym zapewniam, że nie jestem samotnikiem i chętnie wróciłem do domu. Po trzecie, ta podróż odkryła przede mną nowe możliwości i zachęciła do planowania kolejnych wypraw. Kto wie, może w kolejnym, trzecim sezonie wypraw z sakwami, pojadę jeszcze dalej i dłużej?

Dokąd los poprowadzi w kolejnym sezonie?

Miałem dużo szczęścia zarówno z pogodą, jak i ze sprzętem, bo i jedno, i drugie spisało się na medal. Bardzo przydatna okazała się kuchenka, mniej więcej co drugi dzień odgrzewałem sobie risotto, czy kawałek kiełbasy. Sprawdziła się też ładowarka podłączona do dynama w piaście koła, podczas dłuższych odcinków asfaltem nieźle doładowała telefon. Na kolejną dłuższą wyprawę zabiorę dokładnie wszystko to samo, co miałem teraz.

Tak to mniej więcej wyglądało. 15-24 września 2020 r.